Nazywała to byciem jej chłopakiem. Z czasem zrozumiałem, że tak naprawdę byłem jej sponsorem, jednym z kilku.
W skrócie
Świeżo emerytowany Amerykanin wspomina swój związek z Tajką poznaną w Hongkongu. To, co zaczęło się jako historia miłosna z wizytami w Bangkoku, zamieniło się w rosnącą listę miesięcznych płatności, aż odkrył, że nie był jedynym mężczyzną, który ją utrzymywał.
Nazywam się Ian, jestem Amerykaninem i niedawno przeszedłem na emeryturę, mając właśnie skończone 65 lat. Od tamtej pory sporo czasu spędzam, oglądając w internecie treści o Tajlandii, filmy ludzi opowiadających o swoich podróżach i związkach tam, i to przypomniało mi historię, którą przeżyłem z Tajką wiele lat temu, długo przed pandemią.
Zanim przeszedłem na emeryturę, pracowałem w branży technologicznej po całym świecie, miesięczne projekty w jednym kraju, potem w drugim, i w pewnym momencie byłem żonaty z Japonką. Mieliśmy razem syna, ale małżeństwo rozpadło się po pięciu latach, z powodów, które teraz niewiele już znaczą. Rozwód mocno mnie finansowo dotknął, prawnicy po obu stronach Pacyfiku i dom, który musiałem sprzedać taniej, niż był wart, i wyszedłem z tego przekonany, że już nigdy się nie ożenię, cokolwiek by się później wydarzyło.
Przez kolejne lata umawiałem się niezobowiązująco i cieszyłem się wolnością, nie komplikując sobie zbytnio życia, bez żadnego pośpiechu, żeby powtórzyć coś na kształt małżeństwa. Pracując w Chinach, głównie w Szanghaju, poznałem sporo niezależnych kobiet z własnymi karierami i ułożonym życiem, i nigdy nie miałem z żadną z nich poważnego problemu. Tajlandia szczerze mówiąc w ogóle nie była wtedy na moim radarze, to był tylko wakacyjny kierunek, o którym czasem wspominali koledzy z biura.
To się zmieniło, gdy byłem w Hongkongu, jakieś dwa lata przed pandemią, przy kolejnym projekcie zawodowym, który przeciągnął się dłużej, niż planowano. Pewnego wieczoru, w barze mojego hotelu, poznałem dwie Tajki, które również wydawały się być w mieście przejazdem. Jedna z nich miała na imię Pom. Mówiła doskonale po angielsku, dużo lepiej niż ja po mandaryńsku po tylu latach tam, świetnie się dogadaliśmy od pierwszej chwili, i niedługo spędziliśmy razem kilka nocy z rzędu, zanim moja podróż się skończyła i każde z nas wróciło do swojego życia. Pamiętam, jak zapytałem ją, w połowie żartem, co dwie Tajki robią same w hotelowym barze w Hongkongu, a ona zaśmiała się i powiedziała, że to samo pytanie mogę zadać sobie, co wtedy wydało mi się dowcipne, a teraz, patrząc wstecz, wydaje mi się po prostu eleganckim sposobem, żeby na nic nie odpowiedzieć.
Kiedy wróciłem do Stanów, Pom i ja utrzymywaliśmy kontakt przez rozmowy wideo niemal codziennie, co wtedy miło mnie zaskoczyło, bo nie spodziewałem się, że to będzie trwać po lotnisku. Zaprosiła mnie do odwiedzenia jej w Bangkoku, a że nic mnie w tym okresie życia nie trzymało, ani stałej pracy, ani nikogo, komu musiałbym się tłumaczyć, zarezerwowałem lot niemal bez zastanowienia.
Kiedy dotarłem, Pom czekała na mnie na lotnisku z uśmiechem, który od razu rozpoznałem z rozmów wideo. Mieszkała w nowoczesnym mieszkaniu w Bangkoku, z widokiem na miasto, który wtedy zrobił na mnie spore wrażenie, większe, niż się spodziewałem. Spędziliśmy razem dziesięć dni, głównie ona pokazywała mi miasto, targi, których nigdy bym sam nie znalazł, jedliśmy na mieście prawie każdego wieczoru, ciesząc się wspólnym czasem, nie myśląc dużo dalej niż ten konkretny moment. Pewnego wieczoru zabrała mnie na nocny targ, o którym, jak twierdziła, prawie żaden turysta nie wiedział, i spędziłem wieczór, próbując dań, których nazw nawet nie znałem, podczas gdy ona negocjowała ceny po tajsku z taką swobodą, że czułem się jednocześnie kompletnie bezużyteczny i zachwycony. Zanim wyjechałem, skłamałbym, mówiąc, że nie zacząłem się w niej zakochiwać, z tą samą śmieszną intensywnością, z jaką zakochuje się człowiek w wieku dwudziestu lat, tylko że ja już nie miałem dwudziestu lat ani wymówki braku doświadczenia.
I właśnie wtedy zaczęło się to, co teraz nazywam, z pewnym dystansem i dużo większym humorem, niż wtedy czułem, sponsoringiem.
Najpierw przyszły pieniądze na loty, żeby mogła odwiedzić mnie w Stanach. Twierdziła, że w ostatniej chwili pojawiły się problemy z wizą, i że bilety nie podlegały zwrotowi, jeśli anuluje je w tym momencie. Wysłałem je bez większego wahania, szczerze mówiąc, nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby poprosić o jakiś dowód czy cokolwiek sprawdzić samemu.
Niedługo potem poznałem jej rodzinę na wsi w Isanie, prosty dom z kurami biegającymi po podwórku, i wtedy odkryłem, że ma małego syna, o którym nigdy wcześniej mi nie wspomniała, ani razu przez wszystkie poprzednie miesiące rozmów i wiadomości. Pamiętam dokładnie to uczucie, kiedy zobaczyłem chłopca biegnącego do niej i wołającego „mamo”, i przez kilka sekund kompletnie zgłupiałem, uśmiechając się na zewnątrz, podczas gdy w środku przetrząsałem w myślach każdą rozmowę z poprzednich miesięcy, szukając kłamstwa, które mi umknęło.
Wyjaśniła mi to tego samego popołudnia, siedząc oboje na werandzie, podczas gdy chłopiec bawił się z chudym psem kilka metrów dalej, mówiąc, że nie wspomniała o tym wcześniej z obawy, że przestanę do niej pisać, gdybym wiedział od początku. Wtedy wydało mi się to rozsądnym wyjaśnieniem. Teraz wydaje mi się pierwszą cegiełką czegoś dużo większego.
Wkrótce rozmowy zaczęły krążyć wokół wsparcia finansowego. Pom wyjaśniła mi, ze spokojem, który wtedy wziąłem za szczerość, że jeśli naprawdę chcę być jej chłopakiem, muszę pokrywać jej koszty życia, pomagać utrzymywać jej rodziców i dokładać się do wydatków na syna. Zaproponowała kwotę 40 000 batów miesięcznie, powiedzianą z taką samą naturalnością, z jaką omawia się cenę czynszu.
Zaślepiony miłością albo głupotą, dziś nie potrafiłbym powiedzieć, co wtedy ważyło bardziej, zgodziłem się, nie negocjując ani jednego bata.
Prośby jednak na tym się nie skończyły. Przyszły pieniądze na zabieg kosmetyczny, który podobno jej zalecono, pieniądze dla kilku krewnych, których poznawałem stopniowo przy każdej wizycie, potem skuter, bo ten, który miała, już nie zapalał, a z czasem nawet cały samochód, żeby lepiej poruszać się po mieście, konkretny model, który pokazywała mi już na zdjęciach miesiące wcześniej, jak ktoś pokazujący coś, na co czeka tylko odpowiedni moment, żeby o to poprosić. Każda wizyta stawała się trochę mniej przyjemna niż poprzednia, w miarę jak powoli zdawałem sobie sprawę, że nie jestem jej chłopakiem. Byłem jej sponsorem i prawdopodobnie byłem nim od samego początku, choć nie chciałem tego widzieć.
Z czasem dowiedziałem się, przypadkiem i z luźnych komentarzy ludzi, którzy ją znali, że były też inne osoby dokładające pieniądze, w tym europejski chłopak pojawiający się w relacjach na mediach społecznościowych, których nie powinienem był widzieć, oraz kilku ekspatów mieszkających na stałe w Bangkoku, każdy nieświadomy, jak sądzę, istnienia pozostałych, wszyscy przekonani, że są jedyni. Jeden z tych ekspatów, na którego trafiłem, nie wiedząc o tym, na kolacji zorganizowanej przez wspólnych znajomych Pom, spędził połowę wieczoru, entuzjastycznie opowiadając mi o wspaniałej tajskiej dziewczynie, opisując szczegóły, które brzmiały zbyt znajomo, żeby to był czysty przypadek. Żaden z nas nie wypowiedział jej imienia głośno tamtej nocy, ale obaj wiedzieliśmy.
Nigdy tak naprawdę nie zamierzałem żenić się z Pom, i chyba szczerze mówiąc ona ze mną też nie, ale przekonałem samego siebie, że posiadanie tak atrakcyjnej dziewczyny w Tajlandii jest warte kosztu, jaki za to płaciłem, jakby to była zwykła miesięczna subskrypcja. W rzeczywistości traktowano mnie jak bankomat na nogach, nic więcej, i zajęło mi dużo więcej czasu, niż chciałbym przyznać, żeby nazwać to wprost właściwym imieniem.
W końcu zakończyłem związek, zablokowałem ją wszędzie, numer telefonu, media społecznościowe, komunikatory, wszystko naraz tego samego popołudnia, i od tamtej pory ani razu się nie obejrzałem.
To moja historia. Byłem w to zaangażowany dużo dłużej, niż chciałbym głośno przyznać, ale na szczęście udało mi się wyjść, zanim było naprawdę za późno, co teraz, widząc tyle filmów innych mężczyzn opisujących dokładnie moją sytuację lata później, cenię sobie dużo bardziej, niż wtedy, gdy jeszcze wierzyłem, że jestem wyjątkiem, a nie regułą.