Otworzyłem wspólne konto z milionem batów z sin sod. Zaczęła wypłacać pieniądze, nic mi nie mówiąc.
W skrócie
Amerykański emeryt w wieku 62 lat opowiada, jak poznał Dadę na masażu w Pattaya, poślubił ją w buddyjskiej ceremonii w Isanie, i jak wszystko się rozpadło, gdy zaczęła potajemnie wypłacać pieniądze ze wspólnego konta, które otworzył na sin sod.
Nazywam się Gerald, jestem Amerykaninem, z Ohio, na emeryturze i w dobrej sytuacji finansowej. Moja żona zmarła dziewięć lat przed tym, jak przestałem pracować, więc mieszkałem sam niemal dekadę, zanim w końcu ostatecznie zawiesiłem garnitur na kołku.
Zaraz po przejściu na emeryturę zacząłem naprawdę podróżować, czego nigdy nie mogłem sobie spokojnie pozwolić, gdy pracowałem. Tajlandia nawet nie przyszła mi do głowy, dopóki pewnego popołudnia nie zasugerował jej mój przyjaciel, Steve. Praktycznie nie zrobiłem żadnego researchu, zarezerwowałem wyjazd w niecały tydzień i ograniczyłem się do przekartkowania przewodnika Lonely Planet w samolocie. Leciałem zupełnie w ciemno, bez żadnych konkretnych oczekiwań.
Steve czekał na mnie w Bangkoku i pojechaliśmy prosto do Pattaya, gdzie od lat miał mieszkanie. Następnego dnia wynajął samochód i zawiózł mnie z powrotem do Bangkoku razem ze swoją tajską dziewczyną, żeby zobaczyć Wielki Pałac, popłynąć rejsem po rzece, przejechać się tuk-tukiem po starówce. Cieszyłem się każdą minutą tamtego dnia, szczerze bardziej, niż się spodziewałem.
Z powrotem w Pattaya, już bez Steve'a, który wrócił do swoich zwykłych zajęć, poszedłem na tajski masaż w lokalu naprzeciwko mojego hotelu — cudownie tanio w porównaniu z cenami w Stanach, dwadzieścia dolarów za coś, co w domu kosztowałoby mnie spokojnie sto pięćdziesiąt. Następnego dnia wróciłem sam, bez żadnego konkretnego planu, i poprosiłem konkretnie o tę samą kobietę, która obsługiwała mnie dzień wcześniej, bo pamiętałem, że trochę rozmawialiśmy podczas masażu.
Miała na imię Dada. Od pierwszej chwili dobrze się dogadywaliśmy i zaproponowałem, żebyśmy poszli razem na kawę. W tamtym momencie pracowała, ale zgodziła się spotkać później na kolację. Tak się to wszystko zaczęło, bez żadnego wielkiego planowania.
Steve powiedział mi, żebym nie wpakował się w kłopoty, żebym uważał na tego typu związki. Kompletnie go zignorowałem i resztę wyjazdu spędziłem z nią. Ani razu w tamtych dniach nie poprosiła mnie o pieniądze. Kiedy wyjechałem, zostaliśmy w kontakcie przez Skype'a, wideorozmowy niemal co wieczór.
Wróciłem miesiąc później. Zupełnie nic nie trzymało mnie w Stanach, a randkowanie z kobietami w moim wieku okazało się tam w ostatnich latach dość frustrujące, randki, które donikąd nie prowadziły.
Grupa ekspatriantów przy basenie mojego kondominium i na miejscowej siłowni, niemal wszyscy na emeryturze jak ja, z o wiele większym doświadczeniem w tym kraju, od razu wzięła mnie pod swoje skrzydła, zapraszali mnie na śniadania i opowiadali różne historie, i zasugerowali, żebym zaproponował Dadzie miesięczne wsparcie, nie więcej niż 20 000 batów miesięcznie, żeby mogła przestać pracować w salonie masażu i mieli więcej czasu razem bez konieczności martwienia się o zmiany.
Podróżowaliśmy do Chiang Rai i Hua Hin podczas trzymiesięcznego pobytu z rzędu. Zakochałem się w niej i oświadczyłem się, zanim wróciłem do Stanów, żeby uporządkować tam swoje sprawy.
Absolutnie wszyscy moi przyjaciele ekspatrianci, bez wyjątku, odradzali mi ten krok, gdy tylko się dowiedzieli, niektórzy z własnymi dość ciężkimi historiami w tle. Stanowczo doradzili mi, żebym całkowicie unikał legalnego, zarejestrowanego tajskiego małżeństwa, ze wszystkimi konsekwencjami majątkowymi, jakie niesie to dla cudzoziemca, i zamiast tego namówili mnie na tradycyjną ceremonię buddyjską — piękną, ale bez żadnej oficjalnej rejestracji ani realnych konsekwencji prawnych.
Miałem 62 lata, ona 45, siedemnaście lat różnicy, które w tamtym momencie nie wydawały się problemem, ani mnie, ani najwyraźniej jej. Pojechaliśmy do jej wioski w Isanie, żeby poznać całą rodzinę i uczcić ślub jak należy. Przyszła cała wioska, dosłownie, składane stoły zajmowały pół ulicy, była to naprawdę piękna ceremonia, mnisi recytowali od wczesnego rana, jedzenie dla wszystkich do późnej nocy, muzyka i tańce do późna. Pamiętam, jak tamtej samej nocy pomyślałem, że podjąłem najlepszą decyzję od lat. Potem rodzina niemal z dnia na dzień stała się poważnym problemem.
Od pierwszego dnia, niemal zanim wysechł atrament po ceremonii, traktowali mnie jak bankomat na nogach. Jej dwunastoletni syn z poprzedniego związku był najbardziej nieznośnym i rozpieszczonym dzieckiem, jakie kiedykolwiek spotkałem w życiu, żądającym rzeczy na oczach wszystkich bez przerwy — telefonów, markowych ubrań, drobnych pieniędzy — a nikt w rodzinie nigdy mu nie odmawiał. Warianty na temat chorego bawołu zaczęły się od razu, co tydzień nowa wymówka — dach, leczenie, ziarno na kolejne zbiory. Dość szybko zdecydowałem, że życie w Isanie w żaden sposób mi się nie sprawdzi, ani na dłuższą, ani na krótszą metę, i przenieśliśmy się z Dadą z powrotem do Pattaya zaledwie kilka miesięcy po ślubie.
Rozmowa o sin sod, tradycyjnym tajskim posagu, doszła do miliona batów, przedstawionego przez rodzinę jako czysto symboliczną kwotę, którą zwróci się po ceremonii na oczach wszystkich gości, jak to bywa zwyczajowo na wielu tajskich ślubach tego typu. Zamiast wręczyć to bezpośrednio w gotówce na stole, jak się spodziewali, zdecydowałem się otworzyć wspólne konto w Bangkok Bank i wpłacić tam te pieniądze jako wyraz poważnego zaangażowania z mojej strony — wydało mi się to bardziej odpowiedzialne niż trzymanie takiej kwoty w banknotach w czyimkolwiek domu.
Po ponownym osiedleniu się w Pattaya podniosłem jej miesięczne wsparcie z 20 000 do 45 000 batów, kwotę, która w tych okolicznościach wydała mi się hojna, poprosiłem Brytyjkę z grupy ekspatriantów, biegle mówiącą po tajsku, żeby wyjaśniła Dadzie warunki całkowicie jasno w jej własnym języku, bez żadnej dwuznaczności, i wyraźnie podkreśliłem przy obu, że to sufit, nie punkt wyjścia do negocjacji w górę. Nie chciałem, żeby stałe żądania rodziny co dwa tygodnie stały się nową normalnością naszego wspólnego życia.
Zaczęła po trochu, po cichu, wypłacać pieniądze ze wspólnego konta, nigdy mi o tym nie mówiąc, najpierw małe kwoty, które potem zaczęły rosnąć. Nigdy nie prosiła o pozwolenie, po prostu brała, gdy nie patrzyłem, licząc, że nie zauważę, sprawdzając saldo. To był dla mnie koniec, w dokładnym momencie, gdy złożyłem to wszystko do kupy. Nieuczciwość w związku to coś, z czym nie potrafię funkcjonować, pod żadnym warunkiem, zwłaszcza gdy dałem jej już wszystko, czego potrzebowała, ani razu się nie skarżąc, i wyraźnie jej powiedziałem, z pomocą tłumaczki, że wystarczy poprosić o więcej, jeśli jej potrzeba.
Dałem jej pewną sumę pieniędzy i wróciłem do domu, bez długich kłótni czy scen, po prostu zakończyłem sprawę z możliwie największym spokojem.
Patrząc na to teraz, z o wiele większym dystansem, niż miałem wtedy, myślę, że sam pogorszyłem sytuację, wprowadzając takie pieniądze w świat biednej rodziny z Isanu, nie zarządzając tym poprawnie od samego początku, niemal z dnia na dzień i bez żadnej jasnej struktury. Nagłe bogactwo kompletnie ich przytłoczyło, bardziej, niż ktokolwiek z nas potrafił unieść, i wyciągnęło z każdego z nich to, co najgorsze, w tym w końcu także z Dady — coś, co przez długi czas trudno mi było zaakceptować akurat u niej.
Powinienem był od początku sam wziąć bezpośrednią kontrolę nad finansami, z jasnymi zasadami i ustalonym harmonogramem, zamiast pozwolić, żeby Dada sama dźwigała całą ciągłą presję rodziny. To było czyste lenistwo z mojej strony, przebrane za zaufanie, i postawiło ją w niemal niemożliwej do utrzymania pozycji między zagranicznym mężem a własną krwią.
Teraz jestem z powrotem w Stanach, szczęśliwy w nowym związku, który jak dotąd układa się całkiem dobrze. Wrócę kiedyś do Tajlandii, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, sam kraj wciąż wydaje mi się niezwykły. Ogólnie rzecz biorąc, nadal uważam to za dobre doświadczenie, ze wszystkim, co poszło nie tak, wliczonym w ostateczny bilans.