Umówiłem się z trzema kobietami w trzech miastach. Ta, która zawładnęła moimi myślami, jest starsza ode mnie, nie młodsza.
W skrócie
54-letni Szwajcar spróbował szczęścia z trzema randkami internetowymi w trzech różnych tajskich miastach. Kobieta z Khon Kaen miała stałą pracę, własny dom i płaciła z własnej kieszeni, ale okazała się kilka lat starsza od niego. Teraz nie wie, czy pozwolić, żeby to miało znaczenie.
Jestem Szwajcarem, mam 54 lata, jestem po rozwodzie od pięciu lat, mam dwoje już dorosłych dzieci, którym dobrze się wiedzie — jedno mieszka w Zurychu, drugie kończy studia magisterskie w Londynie — i właśnie skończyłem cały rok ciągnących się operacji chirurgicznych, żadna z osobna nie była dramatyczna, ale razem wyczerpujące, z tych rzeczy, po których człowiek chce coś świętować, gdy w końcu skończy się ostatnia kontrola lekarska.
Tajlandia była moją podróżą świętowania, kiedy to wszystko było już za mną. Na początku poprzedniej dekady mieszkałem pięć lat w Szanghaju z powodu pracy, więc nie byłem zupełnie nowy w świecie azjatyckim ani w jego zwyczajach, ale tym razem szukałem czegoś z większą perspektywą niż zwykła chwilowa przygoda bez większych pretensji, czegoś bliższego drugiej szansie niż zwykłym wakacjom.
Podczas pierwszej podróży od miesięcy rozmawiałem online z pewną kobietą, zanim jeszcze przyjechałem — długie wiadomości niemal co wieczór i od czasu do czasu jakaś wideorozmowa, dzięki której miałem już całkiem jasny obraz tego, jak mówi, jak się śmieje, jak opowiada o swoim codziennym życiu. Odebrała mnie z lotniska w Bangkoku i pojechała do Hua Hin, rozmawiając ożywionie przez całą drogę, jakbyśmy znali się od zawsze, pokazując coś za oknem i bez przerwy pytając, czy jest mi wygodnie, czy jestem głodny, czy chcę się gdzieś zatrzymać po drodze.
Świetny uśmiech, świetna osobowość, przerosła z nawiązką to, co sobie wyobrażałem po tylu tygodniach wiadomości. Zatrzymaliśmy się w hotelu blisko plaży, z widokiem na morze z balkonu, który zdawał się naprawdę robić na niej wrażenie, i tego pierwszego wieczoru zjedliśmy kolację w restauracji z owocami morza, ze stolikami niemal dotykającymi piasku i szumem fal w tle, i wszystko szło idealnie aż do tego momentu. Potem, w środku tej samej kolacji, poruszyła temat wsparcia finansowego, całkiem naturalnie, jakby to było najbardziej logiczne na tym etapie związku, wspominając konkretne kwoty niemal mimochodem. Nie byłem gotowy na taką rozmowę tak szybko, znaliśmy się osobiście dopiero od kilku godzin, więc zaproponowałem jej, najgrzeczniej jak umiałem, żeby rano wróciła do domu. Zrobiła to bez większego protestu, i zjedliśmy razem śniadanie, zanim wyjechała, bez wyraźnej urazy z żadnej ze stron.
Podczas drugiej podróży, kolejna internetowa znajomość, tym razem kobieta prowadząca z matką restaurację w małym miasteczku, naprawdę pracowita, z tych, które stoją na nogach od szóstej rano do późnej nocy bez narzekania, czuła w sposób, który wydawał się szczery, a nie wykalkulowany, i spędziliśmy razem dziesięć dobrych dni, zwiedzając miasteczko na jej skuterze, jedząc niemal co wieczór w jej restauracji, gdzie nalegała, żebym za każdym razem próbował innego dania.
Problem w tym, że jej angielski był praktycznie żaden, ledwie garść pojedynczych zwrotów, które znała na pamięć, a mój tajski nie sięgał dużo dalej niż proszenie o rachunek i dziękowanie. Jakoś daliśmy sobie radę przez te dziesięć dni, gestami, tłumaczem w telefonie, z dużą cierpliwością z obu stron, ale po powrocie do domu komunikacja po prostu całkowicie przestała działać. Wideorozmowy nie miały żadnego sensu, jeśli żadne z nas nie rozumiało, co mówi drugie, długie, niezręczne ciszę wypełniane wymuszonymi uśmiechami przed ekranem, choćbyśmy nie wiem jak się starali z aplikacją do tłumaczenia. Musiałem to zakończyć, po prostu, z poczuciem, że mieliśmy coś ładnego, co po prostu nie miało jak przetrwać odległości.
Podczas trzeciej podróży postanowiłem zagrać bezpiecznie i umówić się z trzema różnymi kobietami w trzech różnych miastach, rozkładając czas między nimi, żeby zobaczyć, jak każda z nich sprawdza się na żywo, z planem podróży zaplanowanym niemal jak wyjazd służbowy, a nie wakacje.
Pierwszy przystanek, Khon Kaen, miasto, którego ledwie znałem i które zaskoczyło mnie tym, jak spokojne było w porównaniu z Bangkokiem czy Pattają. Kobieta, z którą się umówiłem, wykraczała poza mój zwykły przedział wiekowy według moich własnych, od lat stosowanych niemal bezmyślnie kryteriów, jakie człowiek ustawia sobie w profilu, ale z naszych wcześniejszych rozmów wydawała się świetna, z poczuciem humoru wyczuwalnym nawet w wiadomościach tekstowych i sposobem pisania, który jasno pokazywał dobre wykształcenie. Miała solidną posadę w administracji publicznej, była bardzo atrakcyjna, ubierała się ze znakomitym, nigdy nie przesadnym gustem, a kiedy spotkaliśmy się osobiście przy wejściu do hotelu, z małym bukietem kwiatów, który jej przyniosłem, sama z własnej kieszeni zapłaciła za kilka rzeczy, bez żadnej prośby ani nalegania z mojej strony — coś, co w całym moim dotychczasowym doświadczeniu było praktycznie niesłychane.
Cztery dni razem i skończyło się na tym, że wymeldowałem się z hotelu, żeby zostać u niej, w prostym, ale bardzo zadbanym domu na obrzeżach miasta, z małym ogrodem pełnym roślin, o które sama dbała każdego ranka, zanim szła do pracy. Zabrała mnie na posiłek na lokalny targ, na który nigdy nie zaglądał żaden turysta, pokazała mi zdjęcia swoich dzieci z dzieciństwa, a pewnego popołudnia usiedliśmy na tylnej werandzie, prawie nic nie mówiąc, po prostu ciesząc się swoim towarzystwem, bez żadnych wyrachowań ani planów w tle. Świetna chemia, mnóstwo śmiechu, rozmowy ciągnące się do późna, tak że nie zauważaliśmy upływu czasu, proste kolacje, które sama gotowała, nalegając, żebym w kuchni nie ruszał palcem.
Potem Pattaya, radykalna zmiana klimatu po spokoju Khon Kaen, z Beach Road pełną ludzi i hałasu o każdej porze dnia. Miła kobieta, sympatyczna i łatwa w kontakcie, ale bez żadnej prawdziwej więzi między nami poza zwykłą uprzejmością i parą przyzwoitych kolacji bez żadnej iskry. Chciała, żebym przedłużył podróż i odwiedził z nią jej wioskę, przedstawiając mnie rodzinie, jakbyśmy byli razem od miesięcy, a nie od paru dni. Grzecznie odmówiłem zaproszenia, świadomy, że wymuszanie czegoś, czego tam nie było, nie zaprowadzi żadnego z nas w dobre miejsce.
Problem w tym, że już z powrotem w hotelu w Pattai, leżąc bezsennie przy szumiącej w tle klimatyzacji, nie mogłem przestać myśleć o kobiecie z Khon Kaen. Ponad tydzień po powrocie do domu, już z powrotem w swojej rutynie w Zurychu, wciąż siedziała mi w głowie przez cały czas, pojawiając się w moich myślach w najbardziej nieoczekiwanych momentach dnia, w środku spotkania służbowego albo podczas robienia zakupów, i niemal nie zauważając kiedy, zdecydowałem, że to ona.
Ma własny dom, dobry samochód, którym sama jeździ, nie zależąc od nikogo, dwoje dorosłych dzieci, które regularnie odwiedzają ją w weekendy, jest po rozwodzie od dziewięciu lat, jest całkowicie niezależna finansowo i w niczym nie jest zależna ode mnie. Żadnych obaw o prośby o pieniądze ani o potrzebującą rodzinę po drugiej stronie telefonu. Wszystko zdaje się pasować idealnie, każdy element na swoim miejscu, jak rzadko kiedy wcześniej.
Poza tym, że jest starsza ode mnie. Nie tylko wykracza poza mój zwykły docelowy przedział wiekowy, ten, który od lat stosowałem niemal bez zastanowienia, ale w rzeczywistości jest kilka lat starsza od moich 54 — fakt, który trudno mi było przyjąć, kiedy w końcu zapytałem ją o to wprost, w połowie żartem, podczas jednej z tych spokojnych kolacji u niej w domu.
Wygląda najwyżej na dobre trzydzieści kilka lat, ani jednego widocznego siwego włosa i energię, jakiej wiele kobiet piętnaście lat młodszych nie ma. Chemia między nami jest wyjątkowa, jedna z najlepszych, jakie czułem od lat, może najlepsza od czasów mojego małżeństwa w jego dobrych latach. Wszystkie punkty odhaczone poza tym jednym.
Więc pytanie, które stawiam, jest proste, i zadaję sobie je odkąd wylądowałem z powrotem w Zurychu. Czy jestem idiotą, pozwalając, żeby liczba w jakimś dokumencie stanęła na drodze komuś, kto pod każdym innym, naprawdę ważnym względem, wydaje się naprawdę dobrą partią?