Okładka: Jeżdżę do Tajlandii od 1986 roku. Nigdy wcześniej nikt nie wyrzucił moich prezentów do kosza — dopóki nie pojawiła się Som.

Jeżdżę do Tajlandii od 1986 roku. Nigdy wcześniej nikt nie wyrzucił moich prezentów do kosza — dopóki nie pojawiła się Som.

W skrócie

Norweg jeżdżący do Tajlandii od 1986 roku poznał Som, pracującą w Bangkoku profesjonalistkę, na aplikacji randkowej. Jeden wieczór z drinkami w Soi Cowboy wystarczył, by wywołać dwadzieścia nieodebranych połączeń, walizkę spakowaną w kilka minut, a miesiące później — nękanie sięgające nawet jego własnej córki.

Jestem Norwegiem, za chwilę skończę 60 lat i jeżdżę do Tajlandii od 1986 roku, kiedy to dosłownie postawiłem stopę na lądzie w Pattai, zszedłszy z szybkiej łodzi z mojego statku, zakotwiczonego w zatoce w oczekiwaniu na rozładunek w Laem Chabang. Pamiętam ten pierwszy raz z zaskakującą wyrazistością: lepki upał, plażę, która nie miała jeszcze połowy dzisiejszych hoteli, i grupę kolegów z załogi równie zielonych jak ja, wszystkich z tą samą miną niedowierzania, gdzie w ogóle wylądowaliśmy.

Od tamtej pory wracałem dziesiątki razy, najpierw jako marynarz, a później już na emeryturze, z czystej przyjemności. Znam sztuczki, przez te wszystkie lata widziałem prawie wszystko, historie powtarzające się z baru na bar, schematy, które człowiek uczy się rozpoznawać niemal mimowolnie. Więc kiedy mówię wam, że mimo to dałem się zaskoczyć, zwróćcie na to uwagę, bo w moim wieku niełatwo mnie już zaskoczyć.

Poznałem kobietę o imieniu Som na aplikacji randkowej — 34 lata, dobrze płatna praca w firmie w Bangkoku, typ profilu, na który nie trafia się tak często w tych aplikacjach. Miała własne, niezłe dochody, a rozmowy online były świetne od pierwszego dnia: inteligentna, z poczuciem humoru, potrafiła rozmawiać o wszystkim godzinami. Rozmawialiśmy i robiliśmy wideorozmowy codziennie, czasem po kilka godzin bez przerwy, nigdy się sobą nie męcząc, i zanim zarezerwowałem lot, czułem, że naprawdę ją znam, a nie jak nieznajomą po drugiej stronie ekranu.

Zgodziła się odebrać mnie z lotniska i czekała przy wyjściu z hali przylotów w sukience, przepiękna, z uśmiechem, który niemal sprawił, że zapomniałem o zmęczeniu po prawie dwunastu godzinach lotu. Zabrała mnie prosto na kolację do miejsca, które starannie wybrała — jednej z tych restauracji z widokiem na rzekę, których nie znajduje się przypadkiem — i rozmawialiśmy do późna, jakbyśmy znali się osobiście od lat. Pierwsze dni były dobre, naprawdę, z tych, które sprawiają, że człowiek myśli, że w końcu miał szczęście po tylu latach jeżdżenia tam i z powrotem samotnie.

Potem zaczęły się pojawiać rysy, na początku powoli, później coraz wyraźniejsze. Som ciągle była przyklejona do telefonu — służbowe rozmowy o porach, które wydawały mi się dziwne jak na biuro, wideorozmowy z ekranem przechylonym tak, żebym nie widział dobrze, z kim rozmawia, sesje czatu, które nigdy się nie kończyły, ledwo odrywała się na chwilę nawet podczas posiłków.

Zacząłem czuć się samotny, mimo że ktoś siedział tuż obok mnie w hotelowym łóżku albo przy stole w restauracji, patrząc w ekran zamiast na mnie. Wspomniałem o tym parę razy, uważając, żeby nie zabrzmieć jak zrzęda ani zazdrosny staruch, ale ona za każdym razem to bagatelizowała, machnięciem ręki i „to tylko praca, ty tego nie rozumiesz", co z każdym dniem brzmiało coraz bardziej pusto.

W końcu powiedziałem jej, że tego wieczoru wyjdę sam na drinka, i wytłumaczyłem powód bez owijania w bawełnę. Powiedziała, żebym się dobrze bawił, tonem, który jasno pokazywał, że wcale tak nie myśli.

Wziąłem taksówkę do Soi Cowboy około szóstej wieczorem, kiedy neony już się paliły, choć na niebie było jeszcze mnóstwo światła. Usiadłem w jednym ze stałych barów, spokojnie wypiłem parę drinków, postawiłem drinka kilku dziewczynom z baru, pogadałem z kilkoma osobami bez żadnych ukrytych zamiarów, tylko żeby spędzić czas i powspominać stare czasy z paroma znajomymi twarzami z dzielnicy. Nic niezwykłego jak na kogoś, kto od prawie czterdziestu lat wchodzi i wychodzi z tego kraju — taki spokojny wieczór, jaki miałem setki razy wcześniej, bez żeby ktokolwiek robił z tego wielką sprawę.

Wróciłem do hotelu przed jedenastą, dokładnie tak, jak obiecałem, dotrzymując słowa co do minuty. Dotarłem punktualnie o 22:45, wjechałem windą, myśląc już o prysznicu i śnie, i spojrzałem na telefon wchodząc do pokoju — dwadzieścia nieodebranych połączeń, jedno za drugim, wszystkie od niej, niektóre w odstępie zaledwie kilku minut.

Telefon zadzwonił natychmiast. To była wideorozmowa od Som, krzyczącej, gdzie jestem, z kamerą trzęsącą się w jej dłoni od tego, jak była zdenerwowana. Powiedziałem jej, że już wróciłem do hotelu, siedzę na łóżku, spokojny, tak jak obiecałem. Rozłączyła się bez słowa, nie dając mi nawet dokończyć zdania. Położyłem się do łóżka, włączyłem telewizor i zacząłem przełączać kanały, nie zwracając na to większej uwagi, a chwilę później wpadła do pokoju jak burza, mając wciąż klucz, który zachowała, wyrzuciła do kosza rzeczy, które kupiłem jej przez te dni — wisiorek i jeszcze parę drobiazgów, których nawet nie zdążyła założyć — w pośpiechu spakowała walizkę, ledwo na mnie patrząc, i wyszła, trzaskając drzwiami tak, że musieli to słyszeć na całym korytarzu.

Kiedy przetrawiłem to, co się właśnie wydarzyło, zdałem sobie sprawę, że ona wciąż ma klucz do pokoju. Zarezerwowałem z telefonu inny hotel w pobliżu Nana Plaza, w pośpiechu spakowałem swoją walizkę i wyszedłem, nawet nie zatrzymując się w recepcji, żeby się wymeldować.

Pojechałem do Nana bez telefonu, celowo zostawiając go wyłączonego na dnie walizki, żeby nie mogła mnie tej nocy w żaden sposób namierzyć. Spędziłem świetny wieczór, spokojny, bez żadnych przerywań, zjadłem powoli kolację sam, wypiłem parę piw i cieszyłem się ciszą, jakiej naprawdę nie miałem od dawna.

Następnego dnia wróciłem do prawie pięćdziesięciu nieodebranych połączeń na ekranie — liczby, w którą do dziś trudno mi uwierzyć. Wyjaśniłem jej spokojnie, bez podnoszenia głosu ani razu, dlaczego zmieniłem hotel, a ona płakała i przepraszała w kółko, ze łzami, które wyglądały na szczere, i obietnicami, że od teraz będzie inaczej. Nic zupełnie się nie zmieniło. Następnego ranka powiedziałem jej, że zmieniłem lot i wyjeżdżam wcześniej niż planowałem. To nie była prawda — po prostu chciałem mieć spokój przez resztę podróży, bez kolejnych niespodzianek ani nocnych dramatów.

Pozostałe dni spędziłem, dobrze jedząc w miejscach, które od lat chciałem wypróbować i nigdy nie miałem czasu, kupując na targach w pobliżu hotelu parę rzeczy do zabrania do domu, i ciesząc się miastem na własną rękę, bez pośpiechu, bez czekania na nikogo, nie sprawdzając telefonu co dwie minuty, czy nie ma kolejnego połączenia.

W dniu mojego rzeczywistego wylotu do domu Som czekała na lotnisku z kwiatami i odręczną karteczką z przeprosinami, stojąc w pobliżu stanowisk odprawy, jakby czekała tam od godzin. Powiedziałem jej, że jest już za późno na to wszystko, mając walizkę już nadaną i kartę pokładową w ręce. Zaczęła płakać na oczach wszystkich i próbowała fizycznie chwycić mnie za ramię, żeby nie przepuścić mnie przez kontrolę bezpieczeństwa, z siłą, jakiej się po niej nie spodziewałem, aż w końcu podszedł ochroniarz sprawdzić, co się dzieje, i musiałem się wyrwać ostrzej, niż bym chciał.

Po powrocie do domu połączenia i wiadomości przychodziły przez tygodnie, o każdej porze dnia i nocy, bez względu na różnicę czasu, za każdym razem w innym tonie — czasem błagalnym, czasem niemal groźnym. W końcu znalazła moją córkę w mediach społecznościowych i próbowała się z nią skontaktować, żeby opowiedzieć jej o mnie, o tym, co według niej jej zrobiłem, wysyłając zrzuty ekranu i długaśne wiadomości tłumaczące jej wersję wydarzeń. To przelało czarę. Zadzwoniłem do niej ostatni raz i powiedziałem, bez krzyku, ale nie pozostawiając żadnych wątpliwości, żeby nigdy więcej nie kontaktowała się ani ze mną, ani z moją rodziną.

Tacy ludzie zdarzają się wszędzie, bez względu na to, skąd pochodzą. Zazdrość, ciągła kontrola, kompletnie nieproporcjonalna reakcja na całkowicie rozsądny wieczór z paroma drinkami. Tajlandia zdecydowanie nie ma monopolu na tego rodzaju zachowania.

Czytaj dalej

Podobne historie