Pojechałem do Tajlandii na wakacje po jedenastoletnim związku, który się rozpadł w Szkocji. Dziewiętnaście lat później mieszkam pod jednym dachem z dwunastoma krewnymi żony.
W skrócie
Graham, 51-letni Szkot, przyjechał do Tajlandii pierwszy raz w wieku 32 lat, na wakacje po długim rozstaniu. W barach na Koh Samui poznał Dao, kobietę, z którą później się ożenił. Dziewiętnaście lat, tajski ślub i wybudowany w Isanie dom później, żyje otoczony jej rodziną i niczego by nie zmienił.
Miałem 32 lata, gdy pierwszy raz postawiłem stopę w Tajlandii, i nie było to częścią żadnego planu.
Właśnie wyszedłem z jedenastoletniego związku w Aberdeen, tego rodzaju rozstania, po którym nie do końca wiesz, kim jesteś poza tym związkiem. Jedenaście lat wystarcza, żeby przyzwyczaić się do myślenia w liczbie mnogiej, i nagle powrót do myślenia tylko w liczbie pojedynczej okazuje się dziwniejszy, niż ktokolwiek cię ostrzega. Przyjaciel, Craig, widział, że tamtego lata było ze mną naprawdę źle, i zdecydował, że muszę wyjechać z domu, zanim oszaleję. Zarezerwował dwa bilety, nie pytając mnie zbytnio o zdanie, i powiedział, żebym wsiadł do samolotu bez dalszych pytań.
Więc to zrobiłem.
Pierwszy przystanek, Bangkok. Wylądowaliśmy w nocy i zanim się zorientowałem, byliśmy już po uszy zanurzeni w klimacie Nana.
Nie pamiętam, żebym świadomie decydował się wejść do pierwszego baru. Po prostu się to stało, a potem poszliśmy do kolejnego, i kolejnego, każdy z większą ilością neonów i hałasu niż poprzedni. Wciągnęło nas w kilka godzin, imprezowaliśmy do czwartej nad ranem, wciąż na wpół pijani, gdy pędziliśmy na lotnisko na lot na Koh Samui, z niedomkniętymi walizkami i Craigiem gubiącym po drodze japonkę, której nigdy nie odzyskaliśmy.
Weszliśmy na pokład, a przynajmniej tak nam się wydawało. Okazało się, że wsiedliśmy do złego samolotu, wylatującego z tej samej bramki mniej więcej o tej samej porze, ale do zupełnie innego miejsca docelowego. To stewardesa zorientowała się, sprawdzając karty pokładowe, spojrzała na nas z mieszaniną litości i rozbawienia, którą pamiętam doskonale, i wyprowadziła nas stamtąd wśród nerwowego śmiechu tuż przed zamknięciem drzwi. Przebiegliśmy pół lotniska, wciąż pachnąc poprzednią nocą, i dotarliśmy na właściwy lot z ostatnimi pasażerami.
Tak się to wszystko zaczęło, dosłownie wykolejone od pierwszego dnia.
Koh Samui za to okazało się całkowicie zaskakująco spokojne.
Zatrzymaliśmy się niedaleko Big Buddy, w spokojnej części wyspy, z parą znajomych, którzy dołączyli do podróży. Wynajęliśmy motocykle i spędzaliśmy poranki, badając drogi, które nie prowadziły donikąd konkretnego, puste plaże, jakąś świątynię, gdzie zdejmowaliśmy sandały, nie do końca wiedząc, co robić w środku, jedzenie, którego nie rozpoznawałem, ale i tak pochłaniałem. Po chaosie Bangkoku wydawało się to zupełnie innym krajem, choć dzieliła je zaledwie godzina lotu.
To właśnie tam, w małym barze niedaleko naszego noclegu, poznałem Aew.
Pracowała jako kasjerka, nie kelnerka ani nic podobnego do tego, co wyobraża sobie ktoś, myśląc o tajskich barach, ani nie była też „dziewczyną z baru" w tym sensie, jaki ludzie zwykle nadają temu słowu. Kończyła zmianę i przez większość wieczorów kończyło się to tak, że wracała ze mną do bungalowu. Stało się to zwyczajem na resztę tej podróży, niemal bez świadomej decyzji żadnego z nas. Zostawiła nawet szczoteczkę do zębów, zapasowe ubranie, klapki przy drzwiach, drobiazgi, które gromadzą się, choć nikt tego nie planuje.
Nigdy nie prosiła mnie o pieniądze, ani razu, nawet w sposób pośredni. Mimo to zawsze coś jej zostawiałem, gest za jej czas, choć ona nigdy nie zamieniała tego w warunek ani nie wydawało się, że tego oczekuje.
To nie było nic poważnego. Żadne z nas nie traktowało tego, jakby było, a gdy podróż się skończyła, pożegnaliśmy się bez wielkich obietnic, oboje dokładnie wiedząc, czym to było.
Gdy skończyła się ta pierwsza podróż, wróciłem do Szkocji, ale już wiedziałem, że wrócę.
W kolejnych latach odbyłem jeszcze kilka podróży, spędzając za każdym razem więcej czasu na Koh Samui, a mniej gdziekolwiek indziej. Przeniosłem się ze spokojnej okolicy Big Buddy do Chaweng, gdzie był prawdziwy klimat: bary otwarte do późna, muzyka na ulicy na cały regulator, inny rodzaj energii, który na początku wydawał mi się dokładnie tym, czego szukałem.
Umawiałem się w tym czasie z kilkoma kobietami. Nic godnego zapamiętania. Te same powierzchowne rozmowy powtarzane z różnymi twarzami, to samo pytanie o to, ile dni zostaję, to samo zainteresowanie gasnące, gdy tylko odpowiadałem. Po kilku takich podróżach przestały mnie w ogóle interesować.
Zacząłem spędzać czas w jednym konkretnym bar-restauracji, spokojnej, nie z tych, które zamykają się o trzeciej nad ranem z muzyką na cały regulator, raczej takim miejscu, gdzie siadasz na kolację i zostajesz godzinami, nie zdając sobie z tego sprawy. Tam poznałem Dao.
Mówiła doskonałym angielskim, lepszym niż niemal wszyscy, z którymi rozmawiałem dotąd na wyspie, i miała sposób rozśmieszania mnie, jakiego nie znajdowałem nigdzie indziej, z suchymi komentarzami, które rzucała, nie zmieniając wyrazu twarzy. Nie była, ani trochę, najbardziej rzucającą się w oczy dziewczyną w barze, ale to dość szybko przestało mieć dla mnie znaczenie.
Przez pierwsze tygodnie nic się między nami nie działo. Ona po prostu dbała, żebym większość wieczorów bezpiecznie docierał do domu, idąc ze mną do drzwi bungalowu i żegnając się tam, i tyle, ani śladu sugestii, że to zamieni się w coś innego.
Pewnego tygodnia dostałem poważnego zatrucia pokarmowego, tego rodzaju, które kładzie cię do łóżka bez możliwości ruszenia się, w zimnym pocie, bez siły nawet na to, żeby samemu dojść do łazienki.
Dao pojawiła się w bungalowie tej samej nocy i wracała co noc przez kolejne dni, około drugiej nad ranem, po zamknięciu baru, tylko po to, żeby sprawdzić, czy nadal żyję, i przynieść mi wodę, zupę, cokolwiek było potrzebne. Siadała na chwilę na brzegu łóżka, pytała, jak sobie radzę, z tym swoim niezmiennym spokojem, i wychodziła znowu, żeby wrócić następnej nocy. Nikt jej o to nie prosił. Po prostu się pojawiała, noc po nocy, aż wyzdrowiałem.
To właśnie w te chorobowe dni, leżąc na łóżku przesiąkniętym potem, zrozumiałem, że to jest coś innego niż wszystko wcześniej.
Gdy tym razem wróciłem do Szkocji, naprawdę utrzymywaliśmy kontakt. Pracowałem rotacyjnie na platformach naftowych na Morzu Północnym, tygodnie na platformie, tygodnie wolne, i każdą przerwę wykorzystywałem, żeby lecieć z powrotem na Koh Samui, zamiast zostawać w Aberdeen jak wcześniej. Mniej więcej co dwa miesiące, przez parę lat, licząc dni rotacji, jakie mi zostały do następnego lotu.
Z czasem przekonałem ją, żeby rzuciła pracę w barze. Powiedziałem, że pokryję to, co przestanie zarabiać, dopóki nie zdecyduje, co naprawdę chce robić ze swoim życiem, bez presji codziennej pensji. Trudno jej było to zaakceptować, nie podobała jej się myśl o zależności ode mnie w czymkolwiek, ale w końcu ustąpiła. To nie była mała decyzja dla żadnego z nas, ale zadziałało, i od tego momentu sprawy nabrały powagi.
Niedługo potem trafił mi się kontrakt pracy w Tajlandii, niedaleko jej wioski. Od tego momentu wszystko potoczyło się szybko: pobraliśmy się, na wielkim tajskim ślubie, który niemal w całości zorganizowała rodzina Dao, z mnichami wcześnie rano i przyjęciem trwającym do późna w nocy. Ledwie rozumiałem połowę tego, co się tego dnia działo, ale uśmiechałem się w odpowiednim momencie za każdym razem, gdy ktoś patrzył na mnie, oczekując reakcji, i to chyba wystarczyło wszystkim.
Potem nadszedł dłuższy kontrakt w Afryce, miesiąc na platformie, miesiąc wolny. Każdą przerwę spędzałem w domu rodziny Dao, w wiosce w Isanie, i to właśnie tam naprawdę nauczyłem się, jak wszystko działa.
Przez lata mieszkaliśmy za darmo z jej dużą rodziną. Dwanaście osób pod jednym dachem, jedna łazienka, kolejki do wszystkiego, od prysznica po to, kto gdzie siada przy stole podczas posiłku. Opowiedziane tak brzmi to nie do zniesienia, ale szczerze mówiąc nigdy mi to nie przeszkadzało. Nauczyłem się czekać na swoją kolej, jeść to, co postawiono na stole, nie pytając, co to jest, rozumieć rytm tajskiej rodziny, która funkcjonowała tak przez całe pokolenia, zanim się pojawiłem, z jej ojcem dowodzącym wszystkim bez potrzeby podnoszenia głosu.
Przez ten czas oszczędzałem, po trochu, między kontraktami, aż kupiliśmy działkę na nazwisko Dao i zbudowaliśmy dom, w którym teraz mieszkamy. To była, prawdę mówiąc, ulga dla wszystkich, więcej przestrzeni, więcej łazienek, choć wciąż jemy w rodzinnym domu niemal w każdą niedzielę, bo na tym etapie byłoby dziwnie tego nie robić.
Dziś mamy też dwoje małych bratanków, których wychowaliśmy praktycznie od niemowlaka, dzieci brata Dao, który wtedy nie mógł się nimi zająć. Prawie każdego ranka wożę ich do szkoły, a ostatnio jedno z nich postanowiło, że chce uczyć się ze mną angielskiego, słowo po słowie, choć śmieje się bardziej z mojego szkockiego akcentu niż z tego, czego naprawdę je uczę.
Moja pasierbica, córka, którą Dao miała, zanim mnie poznała, jest na ostatnim roku studiów, pierwsza w całej rodzinie, która zaszła tak daleko, o czym Dao mówi z dumą, której wcale nie stara się ukrywać.
Żonaty, ustatkowany i naprawdę szczęśliwy z tego, jak wszystko się potoczyło. To nie jest życie, jakie sobie wyobrażałem w wieku 32 lat, wsiadając do złego samolotu w Bangkoku, ale to jest to, które mam, i niczego bym w nim nie zmienił.
Jeśli ktoś zapyta mnie, jakiej rady udzieliłbym komuś, kto myśli o zrobieniu czegoś podobnego, zawsze mówię to samo.
Nie zwracaj uwagi na kogoś zbyt młodego. Musisz być w stanie naprawdę porozmawiać z drugą osobą, o polityce, o rodzinie, o codziennych głupotach, a nie tylko wskazywać rzeczy w menu i się uśmiechać.
Trzymaj się z dala od klimatu imprezowego, jeśli naprawdę myślisz o czymś poważnym na dłuższą metę, bo ten klimat jest zaprojektowany tak, żeby podobać się przez dwa tygodnie, a nie żeby budować na nim życie. Naucz się języka, choćby podstaw, tyle, żeby zamówić ryż bez wskazywania. Szanuj strukturę rodzinną, bo w Tajlandii rodzina to nie abstrakcyjne pojęcie, to dwanaście osób dzielących jedną łazienkę, a ty, jeśli masz szczęście, w końcu stajesz się jedną z nich.
I nigdy nie zapominaj, że jesteś gościem w ich kraju. Ten szczegół, bardziej niż jakikolwiek inny, decyduje o różnicy między prawdziwym zostaniem a jedynie przetrwaniem jakiegoś czasu.