Okładka: Pomogła mi znaleźć hotel pierwszego dnia w Bangkoku. Dwanaście dni później odkryłem, że jej imię, wiek i niemal wszystko, co mi opowiedziała, było kłamstwem.

Pomogła mi znaleźć hotel pierwszego dnia w Bangkoku. Dwanaście dni później odkryłem, że jej imię, wiek i niemal wszystko, co mi opowiedziała, było kłamstwem.

W skrócie

31-letni Australijczyk poznaje Noi, gdy ta proponuje pomoc w znalezieniu jego hotelu w Asok w Bangkoku. Po dwunastu dniach idealnej troski, ostatniego dnia razem, mówi mu, że go kocha, dokładnie w chwili, gdy jej dowód osobisty ujawnia imię i wiek zupełnie inne niż te, które podawała od początku.

Mam 31 lat, jestem Australijczykiem, i przed swoją pierwszą podróżą do Tajlandii obejrzałem wystarczająco dużo filmów na YouTube, wątków na forach i historii znajomych znajomych o tym kraju, żeby myśleć, że dokładnie wiem, w co się pakuję. Czytałem o typowych oszustwach, umiałem rozpoznać tuk-tuka, który liczy za dużo, miałem nawet w głowie listę „sygnałów ostrzegawczych", którą nieświadomie budowałem przez miesiące.

Nie wiedziałem nic.

Pojechałem w 2022 roku, akurat gdy ograniczenia zaczynały się znosić, a turystyka wciąż poruszała się z pewną niezdarnością, jakby cały kraj przeciągał się po zbyt długiej drzemce: napołowu puste lotniska, hotele z większą liczbą personelu niż gości, to poczucie przybycia tuż przed powrotem wszystkiego do normalności. Wylądowałem w Bangkoku z plecakiem, wydrukowaną na wszelki wypadek rezerwacją hotelu i typową pewnością siebie kogoś, kto obejrzał zbyt wiele dokumentów i wierzy, że to czyni go odpornym na cokolwiek.

Pierwszego ranka zgubiłem się, szukając hotelu w Asok, krążąc z telefonem w jednej ręce i walizką w drugiej, pocąc się tak, że nie wiedziałem, że ciało jest w stanie się aż tak pocić, mapa w telefonie myląca mnie za każdym razem, gdy jakiś nowy budynek zasłaniał sygnał GPS. Podeszła do mnie Tajka i zaproponowała pomoc, uśmiechając się, jakby cały ranek czekała na kogoś dokładnie tak zagubionego jak ja. Miała na imię Noi.

Spojrzała na adres w moim telefonie, pokręciła głową na widok ceny, jaką policzył mi pierwszy tuk-tuk, którym pojechałem tego samego ranka, i osobiście zaprowadziła mnie do taksówki z licznikiem, tłumacząc kierowcy dokąd jadę szybkim tajskim, który brzmiał jak reprymenda. Zanim się pożegnała, zapytała, czy chcę się z nią spotkać na drinka tego popołudnia, z taką naturalnością, że nie zdążyłem niczego podejrzewać. Zawahałem się, byłem bliski wymyślenia wymówki w wiadomości godzinę później, przekonany, że to brzmi jak historia z przewidywalnym zakończeniem, ale w końcu i tak poszedłem, bo nie miałem nic lepszego do roboty i, czemu zaprzeczać, ta uwaga mi schlebiała.

Skończyliśmy w Day and Night Bar, przy Soi 4. Ona wybrała miejsce, ja tylko szedłem za nią, wciąż z lekko nierealnym poczuciem bycia na improwizowanej randce z kimś, kogo jeszcze parę godzin wcześniej nawet nie znałem.

Po drodze minęliśmy uliczny stragan z butami, jeden z tych sprzedających sandały ułożone w plastikowych skrzynkach pod wypłowiałą niebieską markizą. Zatrzymała się, wzięła jedną parę, potem drugą, trzymając po jednej w każdej ręce, nie mogąc się zdecydować, zerkając na mnie, jakby czekała na opinię, o którą tak naprawdę nie prosiła. Powiedziałem, żeby wzięła obie, w połowie żartem, i zaproponowałem, że zapłacę. Jakieś dwadzieścia dolarów australijskich, nic, co miałoby odebrać mi sen. Wiem, wiem. Objęła mnie i pocałowała tam na miejscu, przed sprzedawcą, jakbym właśnie podarował jej samochód.

Tego samego wieczoru, po parze piw, powiedziała mi, że jej córka potrzebuje 20 000 batów na szkołę. Odpowiedziałem, że się zastanowię — odpowiedź, która w tamtym momencie wydawała mi się rozważna, a z perspektywy czasu była już zbyt wielkoduszna.

Kolejnych dwanaście dni spędziliśmy praktycznie nierozłącznie. Zachowywała się cudownie, uważna do stopnia, który teraz wydaje mi się podejrzany: zostawiała mi najlepszy kawałek z każdego dania, pamiętała szczegóły, o których wspomniałem tylko raz, mimochodem, pojawiała się z jakimś małym prezentem, gdy najmniej się tego spodziewałem. Wydawała moje pieniądze z naturalnością kogoś, kto sam je zarobił: taksówki, posiłki, bilety do jakiejś świątyni, jakieś zakupy „dla siostry", której nigdy nie poznałem. Ja tymczasem zakochiwałem się bez żadnych hamulców, pisząc znajomym na WhatsAppie, że wreszcie rozumiem, dlaczego ludzie mówią, że Tajlandia zmienia życie.

Ostatniego dnia, siedząc popołudniu w barze, z lotem tego samego wieczoru, powiedziała, że mnie kocha i nie chce, żebym wyjeżdżał. Powiedziała to z błyszczącymi oczami, ściskając moją dłoń na stole, i przez sekundę uwierzyłem w to całkowicie. To właśnie podczas tej rozmowy wypłynął temat jej wieku, niemal mimochodem, jej komentarz o tym, „gdy skończyła dwadzieścia cztery lata", który nie zgadzał się z liczbą, jaką podała mi pierwszej nocy. Zwróciłem jej na to uwagę, myśląc, że to zwykła pomyłka. Zmieniła temat. Nalegałem, poprosiłem, żeby to raz na zawsze wyjaśniła, i w końcu wyjęła z torebki dowód osobisty, trochę niechętnie, jak ktoś, kto oddaje coś, czego wolałby nigdy nie pokazywać.

Imię na dokumencie nie miało nic wspólnego z tym, które podała mi od pierwszego dnia. Ani data urodzenia.

Okłamywała mnie we wszystkim od pierwszej minuty: imię, wiek, prawdopodobnie znacznie więcej. Byłem w niej zakochany, więc puściłem to płazem, bez dalszych pytań. To, myślę, streszcza wszystko o tym, w jakim stanie miałem wtedy głowę.

Po powrocie do Australii prośby o pomoc zaczęły się niemal natychmiast, mimo że przed wyjazdem jasno jej powiedziałem, patrząc jej w oczy, że nie będę wysyłał pieniędzy z domu. Wiadomości o rachunkach, o szkole córki, o chorym krewnym potrzebującym operacji. Zignorowałem je wszystkie, z dyscypliną, jakiej się po sobie nie spodziewałem, choć każda wiadomość poruszała we mnie coś, co zajęło mi tygodnie, żeby zidentyfikować jako wstyd, nie litość.

Cztery miesiące później i tak poleciałem z powrotem do Bangkoku. Nie mogłem się powstrzymać, albo nie chciałem.

Osoba, która czekała na mnie na lotnisku, była zupełnie inna niż ta, którą poznałem parę miesięcy wcześniej. Kłóciła się o wszystko, od wyboru restauracji po ubrania, które miałem na sobie, złościła się bez wyraźnego powodu, a potem zachowywała się, jakbym to ja zaczął kłótnię, godzinami siedziała przyklejona do telefonu nawet podczas kolacji, z ekranem zawsze lekko odwróconym ode mnie, i znikała z pokoju o czwartej nad ranem, nie mówiąc dokąd idzie. Nieraz budziłem się sam, bez żadnej notatki, bez żadnej wiadomości, i leżałem, patrząc w sufit hotelu, licząc, jak długo już jej nie ma.

Poprosiłem, żeby pokazała mi telefon. W zamian zaproponowałem swój, bez żadnych warunków, dosłownie położyłem go odblokowanego na łóżku. Odmówiła stanowczo, a zamiast tego nalegała, żebym wrzucił nasze wspólne zdjęcie na Facebooka, bo — jak powiedziała — była zazdrosna o jakąś dziewczynę, o której istnieniu nawet nie wiedziałem. Wrzuciłem zdjęcie, żeby uspokoić sytuację. Ona ze swojej strony nie wrzuciła nic, żadnej relacji, żadnego oznaczenia, nic, co łączyłoby ją ze mną publicznie. Kiedy zapytałem o jej rodzinę, o poznanie rodziców czy córki osobiście, powiedziała wprost, że nigdy ich nie pozna, bez żadnego innego wyjaśnienia poza tonem, który jasno mówił, że nie ma o czym dyskutować.

W końcu wytrzymałem, ile mogłem, jeszcze parę dni kłótni donikąd, i z nią zerwałem. Kiedy w milczeniu pakowałem walizkę, ona siedziała na łóżku, patrząc, jak składam koszulki, i rzuciła, że wraca do byłego, którego ma w Bangkoku, i że ma kilku sponsorów wysyłających jej co miesiąc wsparcie, wymieniając ich niemal z dumą, jakby to było jej CV. Nie wiem, czy powiedziała to, żeby mnie na odchodne zranić, czy była to całkowita prawda. Prawdopodobnie jedno i drugie naraz.

Wróciłem do Australii bez żadnej szczególnej urazy. Ona rozgrywała swoją partię, a ja byłem podręcznikowym przykładem żółtodzioba, który myśli, że jest sprytny, dopóki nie przestaje nim być — kogoś, kto przeczytał wszystkie fora i mimo to wpadł w najbardziej podstawową wersję tej gry.

Największym sygnałem ostrzegawczym, który przegapiłem, był jej angielski. Mówiła doskonałym, płynnym angielskim, z wyrażeniami, których uczy się tylko po latach rozmawiania z cudzoziemcami, a jednocześnie twierdziła, że nie miała żadnego formalnego wykształcenia. Powinno mnie to zdziwić w tamtej chwili, a nie miesiące później, gdy miałem cały czas świata, żeby o tym myśleć.

Nigdy nie poznałem jej w prawdziwym barze, ani nie pasowała do etykiety „dziewczyny z baru", o której tyle razy czytałem na tych samych forach przed podróżą. Była, jeśli już, dokładnym przeciwieństwem: typową „dobrą dziewczyną" z normalną pracą i bez żadnego widocznego związku ze środowiskiem nocnym, tą, która teoretycznie reprezentuje „bezpieczną" opcję. I to jest lekcja, która najwięcej mnie kosztowała, żeby ją zrozumieć.

Taką kobietę można spotkać w każdym zakątku Tajlandii, nie tylko w barach. Jedyna różnica jest taka, że w barze przynajmniej od początku wiesz, z czym masz do czynienia.

Czytaj dalej

Podobne historie