Pięć lat, dom w Chiang Mai, pickup i 30 000 funtów. Spakowała moją walizkę w kilka sekund.
W skrócie
Brytyjczyk z Manchesteru opowiada, jak pięć lat z Tajką twierdzącą, że jest właścicielką hotelu w Chiang Mai, skończyło się utratą ponad 30 000 funtów na działki, dom i pickupa, oraz walizką spakowaną w ciągu kilku sekund.
Jestem z Manchesteru, mam 55 lat, nigdy się nie ożeniłem, i to jest historia pięciu lat mojego życia, których już nie odzyskam.
W 2014 roku pojechałem do Tajlandii ze starym kolegą z pracy, jedna z tych podróży, które obiecywaliśmy sobie od lat i nigdy nie organizowaliśmy, aż w końcu jeden z nas zarezerwował bilety, nie konsultując tego zbytnio z drugim. Zaczęliśmy od Bangkoku, wilgotny upał, nocne targi, zwykły chaos miasta, który obu nam wydał się fascynujący, a nie przytłaczający. Potem Świątynia Tygrysów, kiedy jeszcze istniała, zanim zamknięto ją po wszystkich doniesieniach, jakie później wypłynęły, i pamiętam, że już wtedy myślałem, że coś tam nie do końca się zgadza, choć wówczas nie umiałem nazwać tego uczucia. Potem most na rzece Kwai, z muzeum i niemal uroczystą atmosferą, a na koniec kilka tygodni plecakowania po wyspach na południu, spanie w tanich bungalowach i picie zbyt dużo piwa Chang. Bawiliśmy się świetnie, poznaliśmy po drodze ciekawych ludzi, i wróciłem do domu z fantastycznym wrażeniem o kraju, bez cienia podejrzenia, w co wpakuję się kilka lat później.
Z powrotem w Manchesterze zapisałem się na stronę randkową w poszukiwaniu dziewczyny, kogoś z okolicy, nic skomplikowanego. Po kilku tygodniach bez większego ruchu na ekranie pojawiła się Tajka mieszkająca w pobliżu.
Napisała szybko, niemal od razu podała mi swój numer i chciała się spotkać jeszcze tego samego wieczoru, co wtedy wydało mi się dobrym znakiem, entuzjazm, prawdziwe zainteresowanie, no wiadomo.
Spotkaliśmy się w pubie niedaleko centrum, nic szczególnego, a ona przyprowadziła wietnamską koleżankę, która przez większą część wieczoru próbowała mnie do niej podpychać zamiast zająć się sobą, zachwalając, jaka to dobra osoba, jak świetnie gotuje, jak bardzo lubi poważnych angielskich mężczyzn takich jak ja. Wtedy wydało mi się to po prostu zabawne, jakby bawiła się w improwizowaną swatkę, i nie zastanawiałem się nad tym dłużej. Tydzień później Tajka przyszła do mnie do domu po raz pierwszy, tym razem sama, bez koleżanki. Pierwsze, o co zapytała, zaraz po przekroczeniu progu, zanim jeszcze usiadła, to czy mieszkanie mam całkowicie spłacone, bez zaległej hipoteki. Dość zuchwałe pytanie jak na tak wczesny etap jakiegokolwiek związku, ale puściłem to mimo uszu, myśląc, że to zwykła ciekawość, może jakiś tajski sposób sondowania gruntu, którego po prostu jeszcze nie znałem.
Po tej wizycie całkowicie odsunęła koleżankę na bok i skupiła się na mnie. Sprawy szły dobrze, była miłą kobietą, świetnie gotowała, prowadziła mały biznes gastronomiczny w Manchesterze, a związek wydawał się solidny, taki, o którym człowiek myśli, że przetrwa.
Miała na imię Sunisa.
Pewnego dnia, znienacka, powiedziała mi, żebym się nie martwił o pieniądze, bo ona jest właścicielką hotelu w Chiang Mai i jest w całkiem dobrej sytuacji finansowej. Patrząc teraz wstecz, wiem, że to był początek wszystkiego, pierwsza cegła budowli, która pięć lat później miała się na mnie zawalić.
Pojechaliśmy też razem na wakacje w tym pierwszym roku, i zapłaciła za swoją część, nie prosząc jej o to, co było na tyle nietypowe, że zapadło mi to w pamięć na długi czas. Teraz rozumiem, że celowo budowała zaufanie, cegła po cegle, a ja zupełnie tego nie widziałem.
Jakiś miesiąc później zaproponowała, żebym się do niej przeprowadził i wynajął swój dom, żeby mieć dodatkowy dochód, podczas gdy ona zajmie się wszystkimi wspólnymi wydatkami. Brzmiało to rozsądnie, nawet hojnie z jej strony.
Zatrzymałem swój dom na wszelki wypadek, co, jak się okazało, było zdecydowanie najmądrzejszą decyzją, jaką podjąłem w kolejnych pięciu latach. Sprzedałem wiele swoich rzeczy i oddałem sporo innych na cele charytatywne, bo nie miałem gdzie ich trzymać, i żałowałem tego przez lata, zwłaszcza rzeczy bez żadnej realnej wartości poza sentymentalną.
Osiemnaście miesięcy później zaproponowała, żebym kupił pickupa w Tajlandii, jakieś dwadzieścia tysięcy funtów, a ona kupi działkę tej samej wartości, żeby podzielić się po połowie na emeryturę. Zrobiłem to, nie zastanawiając się zbytnio.
Kiedy tam dotarłem, nie byłem do końca przekonany, czy podjąłem właściwą decyzję. Okolica w niczym nie przypominała turystycznej Tajlandii, którą poznałem w 2014 roku, gruntowe drogi, niewykończone domy z bloczków, żadnego śladu plaż ani złotych świątyń, które pamiętałem z pierwszej podróży. Jej 23-letni syn był tam, mieszkając praktycznie na działce, nie mówiąc ani słowa po angielsku, ja nie mówiąc ani słowa po tajsku poza podstawowymi powitaniami, a ona przekonana, że ten chłopak jest idealny pod każdym możliwym względem, niezdolna dostrzec w nim ani jednej wady, choć dla mnie było oczywiste, że chłopak nie ma najmniejszego zamiaru pracować ani robić czegokolwiek produktywnego z działką, którą kupowaliśmy.
Kolega z pracy ostrzegł mnie, już z powrotem w Manchesterze, że cudzoziemcy nie mogą być właścicielami ziemi ani nieruchomości w Tajlandii, że wszystko zostanie zapisane na nią. To powinno wystarczyć, żebym się natychmiast zatrzymał.
Przez kolejne cztery lata, mieszkając nad jej sklepem z jedzeniem, dałem jej 400 000 batów na dom, który budowała w Tajlandii, kolejne około 10 000 funtów na dodatkową ziemię i mury ogrodzeniowe, oprócz pickupa, który już wcześniej kupiłem.
Znajomy, który jeździł do Tajlandii od trzydziestu lat, starszy ode mnie facet, który widział wszystko, wziął mnie na bok pewnego dnia w pubie i powiedział mi, bardzo poważnie, że widział wielu zagranicznych mężczyzn próbujących zbudować życie z Tajkami na przestrzeni lat, i że ani jeden, dosłownie ani jeden, nie wyszedł z tego zakładu cało. Kiwnąłem głową, podziękowałem mu za troskę i nie zrobiłem kompletnie nic w tej sprawie, jakby to ostrzeżenie dotyczyło kogoś innego, a nie mnie.
Do października 2018 roku chciała więcej pieniędzy na dom, który już dawno przekroczył pierwotny budżet. Wróciłem do domu pewnego popołudnia po pracy, a ona zapytała mnie wprost, czy nadal chcę kontynuować budowę domu. Powiedziałem, że nie.
Walizka już była zdjęta z szafy, a moje ubrania spakowane w ciągu kilku sekund, jakby przygotowywała się na dokładnie ten moment od dłuższego czasu, czekając tylko na jedno złe słowo z mojej strony, żeby to uruchomić. Nie było krzyków, kłótni ani okazji, żeby o tym porozmawiać. Pięć lat razem, i tej samej nocy byłem na ulicy, z walizką i nie bardzo wiedząc, dokąd pójść o tej porze. Ojciec przyjął mnie tej samej nocy bez zadawania jednego pytania, otworzył mi drzwi, zrobił herbatę i nic nie powiedział aż do następnego ranka.
Zatrzymała wszystko. Moje rzeczy w Anglii, moje rzeczy w Tajlandii, aparaty, rowery górskie, przedmioty osobiste bez żadnej wartości dla nikogo poza mną, rzeczy, które gromadziłem przez dekady i których teraz nie miałem jak odzyskać, nie przemierzając połowy świata. Napisałem kilka maili, prosząc chociaż o zdjęcia rodzinne i coś po mojej matce, która zmarła kilka lat wcześniej, bez żadnej odpowiedzi. Nie oddała ani jednej rzeczy, choćby najmniejszej. Ponad 30 000 funtów z mojej kieszeni w sumie, między pieniędzmi na dom, pickupem i wszystkim innym, czego nigdy nie odzyskałem i już nie odzyskam.
Wszyscy, którzy ją znali, ją uwielbiali. Sympatyczna, gadatliwa, zawsze dająca coś na Boże Narodzenie każdemu, kogo spotkała, zawsze uśmiechnięta.
Mój ojciec podsumował to najlepiej ze wszystkich: była zdolna do wszystkiego i nigdy mnie nie kochała, ani jednego dnia z tych pięciu lat. Trzeba szczególnego rodzaju zimnej krwi, żeby spakować czyjeś rzeczy i wyrzucić kogoś z domu po pięciu wspólnych latach, nie zastanawiając się nad tym nawet przez dwie sekundy.
Minęło już kilka lat, a ja wciąż nie do końca rozumiem, jak ktoś może żyć pięć lat u boku drugiej osoby, dzielić posiłki, wakacje, plany na przyszłość, i nie poczuć kompletnie nic, pakując walizki tej osoby i wyrzucając ją na ulicę pewnej zwyczajnej październikowej nocy. Chyba właśnie tego nigdy do końca nie zrozumiem, niezależnie od tego, ile czasu jeszcze minie.
A ten hotel, który podobno miała w Chiang Mai? Jeśli ta część jej historii w ogóle była prawdziwa, jestem całkiem pewien, że zapłacił za niego dokładnie w ten sam sposób, pieniędzmi jakiegoś innego mężczyzny przede mną, który też nie zobaczył tego wszystkiego na czas.