Jej matka zawsze planowała, że przeprowadzi się do Niemiec, żeby prowadzić rodzinny biznes. Pojawiłem się dwa tygodnie przed tym, jak miało się to wszystko zacząć.
W skrócie
25-letni brytyjski nauczyciel angielskiego poznał w Khon Kaen Nisę, absolwentkę z Isanu, zupełnie niezainteresowaną życiem nocnym. Jej matka, mieszkająca w Niemczech, miała dla córki inne plany. To historia o tym, jak zdobył zaufanie rodziny i postanowił zostać w Tajlandii.
Przeprowadziłem się do Tajlandii parę lat temu, mając akurat skończone 23 lata, singiel, Brytyjczyk, z Leeds, bez żadnego konkretnego planu poza uczeniem angielskiego przez jakiś czas i zobaczeniem, co będzie dalej.
Pierwszy rok uczyłem w Khon Kaen, a potem zacząłem studiować na uniwersytecie w Bangkoku. Teraz mam 25 lat, więc patrząc z perspektywy, nie minęło aż tak dużo czasu, choć czasem, patrząc wstecz, wydaje się, że znacznie więcej.
Zanim zacząłem pracować, miałem cały miesiąc tylko dla siebie i, jak wielu samotnych chłopaków przyjeżdżających do Tajlandii po raz pierwszy, wykorzystałem go w pełni. Wychodzenie każdej nocy, plaże, festiwale muzyczne, których nazw nawet nie znałem, dopóki tam nie dotarłem, cała rutyna, którą rozpozna każdy, kto przeszedł przez to w tym wieku, bez potrzeby wchodzenia w szczegóły. Pamiętam, jak wracałem do wynajętego mieszkania niemal zawsze nad ranem, z japonkami w ręku i wrażeniem, że żyję dokładnie takim życiem, jakie sobie wyobrażałem, zanim wsiadłem do samolotu w Manchesterze, najbliższym lotnisku od domu.
Po pewnym czasie impreza jednak zaczęła mnie męczyć bardziej, niż bawić. Zauważałem, że rozmowy o trzeciej nad ranem powtarzają się niemal słowo w słowo z weekendu na weekend. Tuż przed rozpoczęciem nauczania poznałem Tajkę o imieniu Nisa. Nie miała nic wspólnego ze światem życia nocnego, absolutnie nic. Była absolwentką uniwersytetu, z Ubon Ratchathani, w Isanie, i przebywała w Khon Kaen służbowo, gdy się poznaliśmy, niemal przypadkiem, w kawiarni niedaleko mojego nowego mieszkania, uprzejmie sprzeczając się o to, kto z nas pierwszy zajął ostatni wolny stolik przy oknie, aż w końcu podzieliliśmy się nim, choć żadne z nas nie zaproponowało tego otwarcie, po prostu tak się stało.
Niedługo po poznaniu musiała polecieć do Niemiec odwiedzić matkę, która mieszkała tam od lat i zbudowała od zera całkiem dochodowy biznes, zaczynając podobno od niewiele więcej niż oszczędności i sporej determinacji.
Szczerze myślałem, że wykorzystam te tygodnie, żeby trochę wrócić do życia singla, co wtedy wydało mi się nawet rozsądne. Ale gdy tylko wsiadła do samolotu, nawet mi to przez myśl nie przeszło. Rozmawialiśmy przez wideo każdego wieczoru bez wyjątku, czasem zasypiając oboje z telefonem wciąż włączonym i ekranem skierowanym w sufit, i pozostaliśmy sobie całkowicie wierni przez cały ten czas, bez konieczności, żeby ktokolwiek o to prosił drugą osobę.
Największym problemem wcale nie był nasz związek. Była nią jej matka.
Zawsze planowała, że jej córka przeprowadzi się do Niemiec i w końcu pomoże jej prowadzić rodzinny biznes, coś omawianego i przyjętego między nimi od lat. A wtedy pojawiłem się ja, zaledwie parę tygodni przed tym, jak wszystkie te plany miały zacząć się urzeczywistniać.
Na początku jej matka wcale nie była mną zachwycona. Pierwsze trójstronne rozmowy wideo były dość napięte, z Nisą tłumaczącą między obiema stronami rozmowy i łagodzącą, podejrzewam, zdania, które w oryginale wcale nie były tak łagodne. Była jedna konkretna rozmowa, która trwała ledwie pięć minut, zanim jej matka znalazła wymówkę, żeby się rozłączyć. Ale z czasem, tydzień po tygodniu, zobaczyła, że naprawdę nam na sobie zależy, i stopniowo zaczęła ustępować, najpierw krótkimi pytaniami o moją pracę, potem bezpośrednimi wiadomościami do mnie, bez pośrednictwa Nisy.
Moja dziewczyna też wspierała mnie od samego początku, choć doskonale wiedziała, że sprzeciwia się temu, co jej matka pierwotnie dla niej zaplanowała, co wcale nie jest łatwe w Tajlandii, gdzie opinia rodziny waży dużo więcej, niż byłem przyzwyczajony widzieć w domu wśród moich znajomych i ich rodziców.
Skończyliśmy, mieszkając razem, gdy jeszcze uczyłem w Khon Kaen, w małym mieszkaniu niedaleko szkoły, z klimatyzatorem, który od miesięcy brzmiał, jakby miał się poddać, i sąsiadką, która zostawiała nam owoce pod drzwiami bez żadnego wyjaśnienia, zanim przeprowadziliśmy się do Bangkoku, gdy zacząłem studia.
Jedną z rzeczy, które najbardziej mnie przekonały, że to jest prawdziwe, było to, że ona miała więcej pieniędzy niż ja, nie mniej. Jej matka wysyłała jej z Niemiec dość hojne miesięczne kieszonkowe, dzieliliśmy wszystkie wydatki po połowie, nawet o tym nie dyskutując, i kupiła mi nawet używany, ale sprawny skuter oraz nowy laptop, gdy mój się zepsuł tuż przed egzaminem końcowym. Ani przez chwilę nie poczułem, że traktują mnie jak bankomat na nogach, absolutnie nie, wręcz przeciwnie, jeśli mam być szczery. Pamiętam, jak protestowałem, kiedy przyjechał skuter, nalegając, że mogę sam za niego zapłacić na raty, a ona po prostu wzruszyła ramionami i powiedziała, żebym przestał się tym zamartwiać, bo już zostało to załatwione.
Bycie z nią pokazało mi zupełnie inną stronę Tajlandii. Zamiast barów i życia nocnego spędzaliśmy czas, zwiedzając Isan, odkrywając małe wioski i lokalne targi, jedząc w miejscach bez angielskiego menu, gdzie musiałem wskazywać palcem i ufać, i widząc części kraju, których nigdy bym nie znalazł samemu z przewodnikiem turystycznym w ręku.
Szczególnie pamiętam jeden weekend w domu jej babci, niedaleko Ubon Ratchathani, siedzieliśmy we troje na podłodze kuchni, podczas gdy ona przygotowywała som tam z prędkością, za którą nie nadążałem wzrokiem, tłumacząc mi każdy składnik, który dodawała do moździerza, jakby ktoś po raz pierwszy zadawał jej te pytania z prawdziwym zainteresowaniem.
Kiedy jej matka przyjechała do Tajlandii po raz pierwszy po tym wszystkim, koniecznie chciała sama ugotować dla nas obojga w maleńkiej kuchni naszego mieszkania w Bangkoku, co Nisa powiedziała mi później, było ogromnym sygnałem, dużo większym, niż wyglądało to z zewnątrz. Siedzieliśmy we troje na sofie przeznaczonej dla dwóch osób, jedząc curry z przyprawami, których nigdy wcześniej nie próbowałem, i w pewnym momencie tego wieczoru jej matka zapytała mnie bez ogródek, po angielsku dużo lepszym, niż udawała podczas pierwszych rozmów wideo, co planuję robić ze swoim życiem na dłuższą metę. Nie wiedziałem, czy to był test, czy zwykła ciekawość, ale odpowiedziałem tak szczerze, jak umiałem.
Miesiące później, już mieszkając w Bangkoku, pojechaliśmy we troje do Isanu na urodziny babci Nisy, a jej matka spędziła większość weekendu, ucząc mnie słów w lokalnym dialekcie tajskim, których nawet Nisa nie używała w Bangkoku, poprawiając moją wymowę z cierpliwością, która miesiące wcześniej wydawałaby mi się u niej niemożliwa.
Na początku planowałem uczyć przez dwa lata, a potem wrócić do Wielkiej Brytanii, bez żadnych innych konkretnych planów. Teraz zdecydowałem zostać w Tajlandii, kontynuować studia i budować tu z nią przyszłość. Jestem przekonany, bez cienia wątpliwości, że to kobieta, z którą się ożenię, i nie mówię tego lekko ani dla efektu w historii, którą później opowiem.
Wiem, że jest mnóstwo historii o dziewczynach z barów i złamanych sercach, i nie mówię, że się nie zdarzają, bo widziałem je z bliska u znajomego, który przyjechał w tym samym czasie co ja i wrócił do domu dużo biedniejszy i sporo smutniejszy, niż wyjeżdżał. Ale to tylko mały wycinek Tajlandii, ten, o którym mówi się najczęściej, bo jest najłatwiejszy do opowiedzenia i najlepiej pasuje do tego, czego ludzie się spodziewają, zanim jeszcze zaczniesz mówić.
Jest też mnóstwo prawdziwych tajskich kobiet, a znalezienie tej właściwej całkowicie zmieniło mi życie, dużo bardziej, niż się spodziewałem, pakując tę walizkę w wieku 23 lat, nie do końca wiedząc, po co jadę i jak długo zamierzam zostać.
Czasem myślę o tym pierwszym miesiącu imprez i trudno mi się rozpoznać w tamtej wersji siebie, nie dlatego, że szczególnie się jej wstydzę, ale dlatego, że wydaje się rozdziałem z życia zupełnie innej osoby. Ten chłopak nie miał pojęcia, że za parę tygodni pozna kobietę, z którą planuje się ożenić, ani że skończy, wolejąc weekend w wiosce w Isanie od jakiejkolwiek imprezy na wybrzeżu, ani że będzie się kłócił z teściową przez wideorozmowę w tajskim, którym wciąż ledwo władał.